Zawodowo sklejała życie innych, ale w mroźną noc Trzech Króli nikt nie zdołał uratować jej samej. 37-letnia Emilia K., znana we Włodawie psycholożka, zmarła z wychłodzenia na bagnistych łąkach, zaledwie 600 metrów od drogi. Nowe fakty ujawniają wstrząsający obraz kobiety, której życie rozsypało się na kawałki, oraz stawiają trudne pytania o zachowanie męża, który zostawił ją samą w ciemności.
Feralna noc w wymarłym kurorcie
To był wtorek, 6 stycznia. Termometry wskazywały minus 10 stopni, a odczuwalna temperatura była znacznie niższa przez przeszywający wiatr. Okuninka, latem tętniąca życiem stolica imprez nad Jeziorem Białym, zimą zamienia się w miasto duchów. Wymarłe baraki, puste ulice, zamknięte okiennice – w takiej scenerii rozegrał się dramat Emilii K.
Około godziny 22:00 małżonkowie wracali BMW drogą wojewódzką nr 812. Doszło do kłótni. Kobieta, pod wpływem impulsu, wysiadła z auta w pobliżu stawów rybnych. Według nieoficjalnych ustaleń, miała zabrać ze sobą jedynie torebkę i małą buteleczkę alkoholu. Nie miała zimowej kurtki. Nie wzięła telefonu, który został na siedzeniu pasażera. W tych warunkach był to wyrok śmierci.
Mąż Emilii miał zawrócić i próbować namówić ją do powrotu do auta. Gdy 37-latka odmówiła, mężczyzna po prostu odjechał, zostawiając ją na pastwę mrozu.
Słyszałam, że zdarzało się jej znikać i mógł być do tego przyzwyczajony, ale przecież tego wieczora był mróz, wiatr a ona nie miała kurtki ani telefonu
– dziwi się znajomy pary. Emilia zamiast iść chodnikiem w stronę odległego o 3 km domu, skręciła w zaśnieżone pola.
"Problemy innych ją przytłoczyły". Upadek szanowanej psycholożki
Dla postronnych Emilia z Włodawy była kobietą sukcesu. Wysoka, piękna brunetka, 180 cm wzrostu, zawsze zadbana. – Kobieta do rany przyłóż. Nikomu nie szkodziła, naprawdę sympatyczna – wspominają mieszkańcy. Jednak za fasadą uśmiechniętej terapeutki krył się dramat człowieka, który nie radził sobie z własnym życiem.
Ostatnie miesiące były dla niej koszmarem. Śmierć ukochanego ojca zachwiała jej równowagą. Potem przyszedł cios zawodowy. W styczniu ubiegłego roku została zatrzymana, gdy przyjechała po dziecko do przedszkola, mając 2 promile alkoholu we krwi. Straciła prawo jazdy, pracę w poradni i – co najboleśniejsze – autorytet.
Chyba przytłoczyły ją kłopoty innych. Czasem wysłuchując problemów ludzi, którym się próbuje pomóc, można samemu mieć wszystkiego dosyć
– mówi wprost koleżanka zmarłej. To tragiczny paradoks: osoba, która zawodowo dźwigała ciężary innych, sama ugięła się pod presją wypalenia i osobistych tragedii.
Sąsiedzi o mężu: "Chłodny i zdystansowany"
Śmierć Emilii wstrząsnęła mieszkańcami bloku przy ulicy Chełmskiej. Ludzie nie mogą zrozumieć bierności jej męża. Para miała założoną Niebieską Kartę, w domu bywała policja, a małżonkowie od pewnego czasu nie mieszkali razem. Sąsiedzi rysują wyraźny kontrast między ciepłą Emilią a jej partnerem.
Panię Emilię często mijaliśmy na klatce, właśnie razem z dziećmi. Powiem szczerze, że wydawało się, że to taka normalna rodzina. Jej mąż to był taki raczej chłodny i zdystansowany
– relacjonuje jedna z sąsiadek.
Największe kontrowersje budzi fakt, że mąż nie zaalarmował służb tej samej nocy. Zaginięcie zgłosiła dopiero matka Emilii następnego dnia, 7 stycznia. Mieszkańcy zwracają uwagę na jeszcze jeden, niepokojący szczegół: brak zaangażowania mężczyzny w nagłośnienie poszukiwań.
Proszę sprawdzić, czy mąż albo ktoś z jego rodziny udostępnił w mediach społecznościowych informację o jej poszukiwaniach? Nie zrobili tego. To jest dziwne
– zauważa kobieta z sąsiedztwa. Inni są bardziej radykalni w ocenach: – Nie wiem, jak między nimi było, ale jaki chłop tak robi, że zostawia kobietę na takim mrozie?
Kilkaset metrów walki o życie. Prokuratura bada wątek męża
Emilia nie zaszła daleko. Skręciła w trudny, podmokły i częściowo zalesiony teren przy ujściu rzeki Tarasienki do Włodawki. W głębokim śniegu zdołała pokonać zaledwie 600 metrów od drogi. Tam opadła z sił. Jej ciało znaleziono dopiero w niedzielę, 11 stycznia, po pięciu dniach poszukiwań z użyciem dronów i quadów.
Sekcja zwłok nie wykazała obrażeń wskazujących na udział osób trzecich – przyczyną śmierci było wychłodzenie organizmu. Jednak Prokuratura Rejonowa we Włodawie nie zamyka sprawy. Śledczy, pod nadzorem prokuratora Marka Zycha, badają sprawę pod kątem art. 160 Kodeksu karnego, czyli narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia.
Niewątpliwie taki wątek prawidłowości postępowania współmałżonka będzie również oceniany
– zapowiada prokurator Marek Zych. Śledczy muszą ustalić, czy odjeżdżając i nie wzywając pomocy do żony pozostawionej na mrozie bez kurtki, mąż przyczynił się do tej tragedii. Dla rodziny i dwóch osieroconych synów to pytanie pozostaje na razie bez odpowiedzi.