To sprawa, która jest czymś więcej niż tylko kolejnym procesem karnym — to test wiarygodności dla polskiego wymiaru sprawiedliwości. Przez lata temat był "zamiatany pod dywan", a oskarżenia o krzywdzenie dziecka zderzały się z machiną urzędniczej niemocy. Teraz jednak koniec taryfy ulgowej. Syn Jacka Kurskiego, jednej z najbardziej wpływowych postaci minionej władzy, stanie przed sądem. Kontrast jest porażający: z jednej strony potężne nazwisko, z drugiej — dramat bezbronnej dziewczynki.
Sąd podjął kluczową decyzję. Proces Zdzisława K. rusza w Kwidzynie
To już definitywny koniec proceduralnych przepychanek i próby uprawiania "turystyki sądowej". Sąd Rejonowy w Kwidzynie, powołując się na "względy ekonomii procesowej", chciał oddać gorący kartofel innej jednostce, argumentując to miejscem zamieszkania świadków. Jednak Sąd Okręgowy w Gdańsku powiedział stanowcze "nie".
Jak poinformował rzecznik prasowy Mariusz Kaźmierczak, wniosek został odrzucony. Decyzja jest jasna: nie ma powodów, by proces w Kwidzynie nie mógł się odbyć. To właśnie tam, z dala od blasku fleszy wielkich metropolii, rozstrzygną się losy syna Jacka Kurskiego, byłego prezesa TVP i prominentnego działacza PiS. Akt oskarżenia, który wpłynął do sądu w grudniu 2025 roku, wreszcie zostanie otwarty na sali rozpraw.
AKPA
CZYTAJ TAKŻE: Praca do 22:35 i TAKI hajs na koncie. Nie uwierzycie, co Kurski naprawdę robi w Brukseli
"Zamykał drzwi na klucz". Kulisy koszmaru w leśniczówce
Aby zrozumieć skalę zarzutów, trzeba przenieść się do 2009 roku. To miały być beztroskie wakacje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin w urokliwej leśniczówce na Warmii oraz w Gdańsku. Według prokuratury stały się one jednak tłem dla dramatu dziewięcioletniej Magdaleny.
Śledczy w akcie oskarżenia rysują przerażający obraz manipulacji. Zdzisław K., wówczas znacznie starszy od ofiary, miał cynicznie wykorzystać jej zaufanie oraz "zależność emocjonalną i społeczną". Detale są wstrząsające — do zbliżeń miało dochodzić pod niewinnym pretekstem nagrody w postaci gier, zabaw oraz masażu.
Prokuratura wskazuje na jeszcze jeden, mrożący krew w żyłach szczegół: oskarżony miał uniemożliwiać dziewczynce ucieczkę, zamykając drzwi pokoju na klucz. Te ustalenia rzucają nowe światło na sprawę i tłumaczą determinację śledczych, by doprowadzić oskarżonego przed oblicze sprawiedliwości.
AKPA
Parasol ochronny i dziwne umorzenia. Dlaczego milczano przez lata?
Droga do aktu oskarżenia przypominała scenariusz filmu o politycznych intrygach. Sprawa ujrzała światło dzienne już w 2015 roku, jednak śledztwo napotykało na niezrozumiałe przeszkody. Postępowanie było dwukrotnie umarzane (w 2017 i 2019 roku) przez gdańską prokuraturę, co w mediach rodziło spekulacje o roztoczonym nad synem polityka "parasolu ochronnym".
Dopiero zmiana władzy i audyt w prokuraturze odsłoniły szokujące zaniedbania. Okazało się, że prowadzące sprawę prokuratorki działały powierzchownie — w aktach odnotowano nawet sytuację, w której śledczy nie chcieli przesłuchać kluczowego świadka, mogącego potwierdzić wersję ofiary. Biegli nie mieli wątpliwości: wcześniejsze decyzje o zamknięciu sprawy były rażąco przedwczesne.
"To atak na prawicę". Linia obrony syna byłego prezesa TVP
Zdzisław K. od początku przyjęli postawę oblężonej twierdzy. Nie przyznaje się do winy, a zarzuty prokuratury nazywa "wymysłem". W swoich wypowiedziach medialnych uderza w wysokie tony, próbując sprowadzić sprawę kryminalną do wymiaru politycznej zemsty.
To jest przede wszystkim atak na polską prawicę i polską rodzinę. Ja nic złego nie zrobiłem, a atak jest wymierzony w mojego ojca, który jest odważnym politykiem prawicy. (…) Dołożę wszelkich starań, aby prawda wyszła na jaw.
Dziś jednak te tłumaczenia zweryfikuje niezawisły sąd, a nie paski informacyjne w telewizji. Materiał dowodowy zgromadzony przez "nową" prokuraturę jest mocny, a groźba 12 lat więzienia — bardzo realna. Pozostaje pytanie: czy po kilkunastu latach od dramatu w leśniczówce, ofiara w końcu usłyszy wyrok, który przywróci jej wiarę w sprawiedliwość?