Gwiazda "The Voice" nie żyje. Miał tylko 36 lat. Rodzina ujawniła wstrząsające szczegóły

Gwiazda "The Voice" nie żyje. Miał tylko 36 lat. Rodzina ujawniła wstrząsające szczegóły

Gwiazda "The Voice" nie żyje. Miał tylko 36 lat. Rodzina ujawniła wstrząsające szczegóły

Canva

Dean Franklin – chłopak z gitarą, który z londyńskich ulic trafił prosto do serc milionów widzów "The Voice", nie żyje. Jego walka z chorobą trwała zaledwie 8 tygodni, a diagnoza, którą usłyszał tuż przed świętami, nie pozostawiała złudzeń. Miał tylko 36 lat. Fani są zdruzgotani, a bliscy artysty ujawniają, jak wyglądały jego ostatnie chwile.

Reklama

Dean Franklin nie żyje. "To było bardzo, bardzo szybkie"

Jeszcze w listopadzie planował kolejne występy, ale los napisał dla niego najczarniejszy z możliwych scenariuszy. W grudniu 2025 roku Dean Franklin znany z programu "The Voice" usłyszał słowa, które brzmiały jak wyrok: IV stadium nowotworu przełyku. Choroba, którą sam określił jako "dość agresywną”, zaatakowała błyskawicznie, dając przerzuty do węzłów chłonnych i wątroby.

Stan artysty pogarszał się z dnia na dzień – jak sam przyznał, wszystko działo się "bardzo, bardzo szybko". Jeszcze 30 stycznia, nadając ze szpitalnego łóżka na oddziale opieki paliatywnej, apelował do swoich fanów, by nie ignorowali sygnałów, jakie wysyła im ciało. Niestety, dla niego było już za późno. Dean Franklin zmarł 7 lutego 2026 roku, dokładnie 8 tygodni i 3 dni po usłyszeniu diagnozy.

Wstrząsający komunikat przekazała jego mama, Marie:

Z głębokim smutkiem informujemy, że nasz ukochany Dean, który tak dzielnie walczył przez 8 tygodni i 3 dni, zmarł 7 lutego 2026 r. o godz. 21:39. Otoczony miłością, z rodziną u boku.

Dean Franklin płacze obok swojej mamy instagram.com/deanfranklinmusic

Buntownik o wielkim sercu. Paloma Faith: „Jesteś taki odważny”

Dean Franklin nie był typowym produktem show-biznesu. To chłopak, który z pasją walczył o prawa artystów ulicznych i to właśnie na ulicy czuł się najlepiej. Jego autentyczność i charyzma zaprowadziły go do programu "The Voice" w 2016 roku, gdzie trafił pod skrzydła gwiazdy. Paloma Faith widziała w nim coś więcej niż tylko wokalistę. Była pod wrażeniem jego niezłomnego ducha, komentując jego zmagania słowami:

Jesteś taki dzielny.

Choć choroba zabierała mu siły, on do końca pozostał wierny sobie. Jego profil na Instagramie, gdzie relacjonował walkę o życie, stał się miejscem spotkań dla ponad 30 tysięcy fanów, którzy modlili się o cud.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez DEAN FRANKLIN (@deanfranklinmusic)

Ostatni koncert na Piccadilly Circus. Tłum płakał razem z nim

To był moment, który przejdzie do historii jako jeden z najbardziej wzruszających w historii brytyjskiej muzyki ulicznej. W styczniu, wiedząc, że jego czas się kończy, Dean Franklin postanowił zagrać swój ostatni koncert na Piccadilly Circus. Ledwo stojąc na nogach, ze łzami w oczach zaśpiewał utwór „Hallelujah”.

Mam nadzieję i modlę się o to, żeby to nie był mój ostatni raz.

– mówił drżącym głosem do zgromadzonych ludzi. Reakcja tłumu była natychmiastowa. To było pożegnanie godne prawdziwej gwiazdy – bez blasku fleszy na czerwonym dywanie, ale z prawdziwymi emocjami na ulicy, którą tak kochał.

Śmierć Deana to nie tylko strata dla muzyki. To osobisty dramat jego rodziny. Artysta osierocił 17-letnią córkę, dla której był całym światem.

Te gwiazdy zgasły w święta. Dla ich bliskich Boże Narodzenie już na zawsze będzie miało gorzki smak straty. Na zdjęciu Maciej Kuroń.
Źródło: AKPA
Reklama
Reklama